To co fascynujące

70 sen

7

Jestem na plaży. Nic mnie nie interesuje, niczym się nie przejmuję. Wszystkie sprawy mam załatwione i po raz pierwszy czuję spełnienie w życiu, czuję, że mam wszystko czego kiedykolwiek chciałem, i czuję, że już nic nie muszę. Pogoda idealna, woda ciepła, obok mnie kobieta, kobieta najwspanialsza. Czuję się bosko lecz, niestety, budzę się. Tamten dzień spędziłem zwyczajnie, z tą tylko różnicą, że nie mogłem doczekać się kiedy nadejdzie kolejna noc. A kiedy zasypiałem zamarzyłem o takim samym śnie, śnie, w którym czułbym się spełniony i kompletny; marzyłem o takim samym raju, w którym byłem zeszłej nocy. I tak jak marzyłem, tak dostałem. Kolejna wspaniała noc; byłem w raju, nie chciałem się stamtąd ruszać, niczego zmieniać. Tylko naszła mnie ta dziwna myśl, najdziwniejsza, że pewnie niedługo się wybudzę.

Kolejnego wieczoru zamarzyłem o czymś specjalnym. Chciałem, żeby mój sen trwał siedemdziesiąt lat. To całkiem możliwe. Czas jest przecież względny, rządzi nim umysł człowieka. Więc zamarzyłem, żeby mój umysł, podczas siedmiu godzin snu, przeżył siedemdziesiąt wspaniałych lat, na tej samej plaży, na której byłem noc wcześniej. Nie starzałbym się, nie byłbym głodny, pogoda by się nie zmieniała, słońce by nie zachodziło, ale byłoby cały czas niewiele ponad horyzontem, tak jakby niedługo miał przyjść zachód słońca. Cały czas słyszałbym piękną muzykę. Spędziłem siedemdziesiąt najwspanialszych lat z nią, z najwspanialszą kobietą świata, w najwspanialszym miejscu świata, z najepszym jedzeniem i atmosferą. W końcu się obudziłem. Miałem mało. Kto by nie miał? Siedemdziesiąt lat to za mało, żeby znudziło się szczęście. Kolejnej nocy powtórzyłem to wszystko. I tak przez kolejne osiem nocy. Łącznie przez dziesięć nocy przeżyłem siedemset lat absolutnego szczęścia. Wiedziałem już wtedy, że we śnie mogę wszystko, wszystko co mi się tylko zamarzy, swoje sny mogłem tworzyć bez żadnych ograniczeń.

Jedenastej nocy postanowiłem wprowadzić trochę rozrywki, chciałem, żeby coś się działo. I działo się, przez kolejne siedemdziesiąt lat grałem w gry, współzawodniczyłem z innymi, i wygrywałem – wiadomo. Gry się nie nudzą przez wiele, wiele lat. A przez cały ten czas, osiągałem nowe poziomy mistrzostwa w każdej z nich.

Około czterdziestego snu postanowiłem wprowadzić element ryzyka. Gry, w których zawsze wygrywałem znudziły mi się. Wyśniłem przeciwników, którzy byli tak samo dobrzy jak ja. Wszystko dlatego, żeby wprowadzić emocje, radość z wygranej, smutek z przegranej. Ale, z czasem, nawet to nie wystarczało. Chciałem się bać. Tyle lat żyłem w ciągłym pozytywie, korzystałem tylko z najlepszych uciech życia, że chciałem poznać również negatywną jego stronę. To był przecież tylko sen, mogłem wszystko. Gdyby stało się coś złego mogłem po prostu się obudzić i wyśnić inny sen. Postanowiłem wprowadzić ryzyko, poznać ciemną stronę życia, zaryzykować, zawalczyć. Zapragnąłem mieć wroga, z którym nie będę tylko grał, ale, z którym będę walczył na śmierć i życie. I to było dla mnie prawdziwe wyzwanie. Bawiłem się świetnie – jak na najlepszym filmie. Siedemdziesiąt lat sensacji podczas siedmiu godzin snu.

W pewnym momencie i tego było mało. Zapragnąłem przeżyć całe życie, od urodzenia do śmierci podczas siedmiu godzin snu. Wyśniłem wtedy wszystko, zaczynając od rodziców i dzieciństwa, poprzez pracę i małżeństwo, na starości skończywszy. Budziłem się i myślałem – niezła przygoda, chcę jeszcze raz. I miałem jeszcze raz, i kolejny raz, i jeszcze jeden. A każdy kolejny bardziej skomplikowany, bardziej wymagający i niebezpieczny.

Nadszedł w końcu sen sześćdziesiąty dziewiąty. To był mój majstersztyk. Wyśniłem sobie, że cały świat jest przeciwko mnie, że ze wszystkimi muszę walczyć sam, począwszy od urodzenia aż do śmierci. Bez gwarancji, bez ułatwień. Chaos i czysta wojna. Nie wiedziałem nawet czy spotkam choć jedną duszę, która byłaby mi bliska, czy doświadczę miłości, czy będę szczęśliwy choć przez jeden dzień. Stopień ryzyka maksymalny. Było to najważniejszy sen w moim życiu. Później cały dzień myślałem o tym, co się wydarzyło. Mój najlepszy sen, majstersztyk, na który stać mnie było dopiero po sześćdziesięciu ośmiu nocach przemnożonych przez siedemdziesiąt lat, nie różnił się niczym od mojego własnego życia. A kiedy położyłem się spać, kiedy nadejść miał siedemdziesiąty sen, nie chciałem już niczego. Nie chciałem śnić przygód, nie chciałem aby ten sen trwał siedemdziesiąt lat, nie chciałem tworzyć fabuły, tylko dręczyła mnie ta myśl niepokojąca. Kiedy ja właściwie śnię, a kiedy się budzę? Co właściwie stworzyłem? I kiedy? Czy to wszystko stworzyłem sam, czy oddałem się życiu na tyle, żeby wszystko, nawet samego siebie, postawić na szali ryzyka i nieprzewidywalności. Czy ja trzydzieści trzy lata temu rozpocząłem tę ciekawą grę zwaną życiem, bez gwarancji wygranej, bez gwarancji szczęścia i bez znajomości zakończenia? Siedemdziesiątej nocy nie śniłem już niczego, gdyż wszystko czego chciałem miałem teraz – za dnia.

O autorze:

Tomasz Mirecki

3 komentarze

10 + nineteen =

To co fascynujące

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Archiwa

Kategorie