To co fascynujące

ZEN

Z

Podróż od Buddyzmu Mahajana do Zen jest całkiem ciekawa bo Zen to specyficzna gra. Buddyzm Mahayana występował w Chinach i Japonii a jego odłamem jest zen. Lao Tse powiedział kiedyś, że ten, który wie nie mówi nic, a ten, który coś mówi, nie wie niczego. Ciekawe, że powiedział akurat to. Poeci też o tym wiedzą. Każdy wiersz jest próbą przedstawienia tego, czego opisać się nie da. To niewiadoma interesuje pisarzy najbardziej. W związku z tym mistrzowie zen i poeci grają w grę. Jeżeliby chcieli nauczać na prawdę nie mówiliby niczego. Tak jak poeci, jeżeli chcą uprawiać poezję ambitną, nie pisaliby niczego. Ale za to jedni podejmują się nauczania tego, czego nauczyć się nie da, drudzy zaś starają się opisać ten wycinek rzeczywistości, który całkowicie temu opisowi umyka. W jakimś sensie jest to opis piękna. Mówi się, że wszystkie religie wschodu dzielą się na trzy części, tak jak można podzielić drzewo na trzy części. Korzenie, to Indie. Tam mistrzowie rozmyślają nad sensem życia, nad tym jak życie powstaje, nad tym co jest po śmierci. Filozofia Indii jest filozofią podziemia, spraw z innego świata, niedostępnych dla ludzkiego oka. Chiny są jak drzewo samo, jego konar i liście. To filozofia siły, rozważania nad tym co jest, nad tym jak żyć mądrze, to filozofia środka, organizacja życia, praktyka i racjonalizm. Japonia jest jak kwiat wiśni na tym drzewie. Mistrz japoński uprawia filozofię piękna, celebruje życie. Potrafi cały rok oczekiwać na ten jeden tydzień, w którym wiśnia zakwitnie i celebrować te chwile jakby były one najważniejsze w jego życiu. Tym właśnie jest Zen.

Spotyka się dwóch mistrzów Zen i pierwszy mówi – no, napisałeś już sporo książek, musisz być z siebie dumny. – Ja? Ja nie wypowiedziałem ani jednego słowa – odpowiada drugi. Zen jest czymś tak dalece ezoterycznym, że wymyka się racjonalnym ramom opisu. Gdybym faktycznie chciał opisać zen, to czytelnik powinien dostać do ręki trzy puste kartki, a na samym końcu zdanie: autor skończył wyjaśnienia i wyszedł. Byłby to znacznie dokładniejszy opis tego, czym Zen jest niż ten, który przedstawiam poniżej. Czytelnik, który dostałby puste kartki mógłby poczuć się oszukany, więc zamiast tego oszukuję go w inny sposób, i daję intelektualne wyjaśnienie tego czym właściwie jest japoński Zen, chiński Chan lub sanskryckie Dżiana. Mówi się, że jeżeli spotyka się dwóch mistrzów zen, to nie trzeba ich sobie przedstawiać. Oszuści rozpoznają się natychmiast.

Więc czym jest Zen? Czy jest to medytacja? Medytacja to siedzenie po cichu i myślenie o sprawach. Zen tym nie jest. Kontemplacja? Bliżej, ale też nie. Kontemplacja jest logiczna, a to znaczy zatrzymana. Człowiek zatrzymuje rzeczywistość i ogląda ją z każdej strony. A świat jest przecież w ciągłym ruchu, jest dynamiczny. Zen jest dynamiczne. Właściwie nie ma polskiego odpowiednika dla słówka Zen. Może najwyżej słówko „bycie” rozumiane w bardzo specyficzny sposób. Kiedy człowiek nie reaguje na życie, ani nie stara się go dominować, tyko zwyczajnie trwa, oddaje się biegowi zdarzeń… wtedy jest Zen. Zen zaczyna się, kiedy wszystko współgra ze sobą. Na przykład tancerze. Kiedy patrzy się na tancerza, to nie wiadomo kiedy zaczyna się jego taniec i kończy zwykły ruch. Albo kiedy tańczy profesjonalnie dwoje tancerzy, nie wiadomo kto właściwie prowadzi. Partnerzy są ze sobą zespoleni, a ich ruch jest tak łatwy i naturalny, że widz nie umie wyobrazić sobie, że można by tańczyć inaczej. Tym jest Zen. Jest to forma zespolenia się z życiem i życie życia w sposób najpiękniejszy. Zen jest byciem tu i teraz, zatopieniem się w teraźniejszości i działaniem odważnym; działaniem takim jakby nie było ani wczoraj, ani jutro, jakby nie było konsekwencji i przyczyn, i wreszcie, jakby nie było różnicy pomiędzy człowiekiem a rzeczywistością. Tym jest Zen.

Zen w tym tekście byłby wtedy, kiedy czytelnik nie odróżniałby tego tekstu od własnego życia. Zen to ten moment życia człowieka, kiedy czuje się wygodnie i bezpiecznie w pojedynczej chwili, i nie ma ani jednej myśli o przyszłości, ani o przeszłości. Mistrzowie zen uczą, że człowiekowi jest zimno dlatego tylko, że z zimnem walczy. Mówią, żeby nie walczyć, żeby przyjąć go takim jaki jest. Jest to nauka, która daje się uogólnić i przekazuje lekcję ważniejszą. W tych świątyniach japońskich jest zimno jak cholera. Kiedy uczeń doświadczy tego, że nie jest mu zimno dopiero wtedy, kiedy przestanie walczyć, zaczyna rozumieć, że życie zen polega właśnie na tym, żeby zestroić się ze światem i przestać naciskać, wymuszać, atakować i walczyć. Wtedy przestaje mu być zimno, ale co ważniejsze też, przestaje się w życiu męczyć.

Zen to dialog. Niczego nie uczy, niczego nie zakłada. Zen to dialog pomiędzy uczniem, który wszystko stara się zdefiniować a jego mistrzem. Cały wysiłek mistrza polega na tym, żeby rozbić przekonania ucznia. Mistrz mówi, że jeżeli zadasz mu pytanie, to dostaniesz trzydzieści razy kijem, a jeżeli nie zadasz pytania, to dostaniesz trzydzieści razy kijem. Uczy go, że nie istnieje nawet podział pomiędzy mistrzem a uczniem. To jest pierwsza lekcja. Mistrz zen mówi od samego początku, że nie ma żadnych tajemnic, ani żadnych rozwiązań czy odpowiedzi. Powie, co najwyżej, że wszystkie problemy sam sobie stworzyłeś. Ale większość uczniów na to nie reaguje. Większość nie wierzy, że mistrz nie ma żadnych odpowiedzi, że nie poznał żadnych tajemnic. Przecież ten japoński mistrz jest taki pewny siebie. Mówi się, że Zen to jest jakby dać dziecku, które płacze za złotem, jesienny żółty listek i powiedzieć mu – oto jest twoje złoto. Zen jest namową człowieka, który ma zaciśnięte ze złości pięści, do tego żeby je otworzył i zobaczył, że w tych dłoniach nie ma niczego.

Problemem jest to, że człowiek zachodu stara się zrozumieć tajemnicę życia tak jakby była ona czymś stałym, stałym w sensie zatrzymanym, konceptem dającym się zrozumieć i opisać. I wyrusza w poszukiwanie jej na wschód, a tam dowiaduje się, że żadnej tajemnicy nie ma, że życie jest dynamiczne. I zwyczajnie w to nie wierzy. Mistrzowie Zen wiedzą, że nie da się dyskutować z człowiekiem, który jest przekonany, że coś wie. Więc nawet nie próbuje. Przychodzi do niego chrześcijanin, który wie jak świat jest urządzony, albo ktoś, kto wie, że ziemia jest płaska. Mistrz na to – świetnie, ziemia jest płaska! Nie byłoby zabawnie dostać się na jej krawędź i pooglądać widoczki? Chodźmy na spacer. I nie chodzi mu wcale o to, żeby udowodnić, że ziemia jest okrągła, chodzi co najwyżej o to, że te przekonania nie mają żadnego sensu. Uczeń pójdzie na spacer i będzie tworzył w głowie nowe teorie albo zrozumie, że nie o to w ogóle chodzi. Oba rozwiązania są dobre. Jeżeli uczeń jest na tyle głupi, żeby iść swoimi przekonaniami, to mistrz Zen powie, że najważniejsze jest to, żeby być konsekwentnym. Jeżeli taki płaskoziemiec będzie wystarczająco konsekwentny i idąc cały czas na wschód, dojdzie w to samo miejsce, to przekona się, że ziemia jest okrągła, albo przynajmniej cylindryczna. Wraca taki uczeń do mistrza Zen i mówi mu o swoim odkryciu. Wtedy mistrz mu powie, że wrócił jeszcze głupszy niż był przed wyruszeniem. Mówi, że teraz uczeń musi iść cały czas na południe i dojdzie do krawędzi. Na tym polega gra. Bądź na tyle konsekwentny w swoich przekonaniach żeby zobaczyć, że są głupie i pozbyć się ich całkowicie. Dlatego Zen przyjmuje wszystkie wyznania, przekonania i inne uzależnienia, i w ogóle ich nie zwalcza.

Japoński Zen uczy żeby cały czas siebie obserwować. Umysł płata figle, cały czas podrzuca jakieś teorie, stara się racjonalizować. Uczniowie, którzy to rozumieją starają się nie myśleć i wpadają w inną pułapkę. To jakby zwrócić kamerę w monitor, albo stanąć z lustrem przed lustrem. Wtedy uczniowie myślą o tym, że myślą. I mistrz mówi znowu to samo. Mówi, że myśleć nad myślą trzeba cały czas, a jeżeli to się znudzi należy myśleć nad tym, że myśli się nad myślami. Albo mają technikę przeciwną, nazwaną zazen. Każe się uczniom siedzieć nieruchomo, obserwować rzeczywistość, ale o niej nie myśleć. To zadanie jest, oczywiście, nie do wykonania. Dopiero zrozumienie tego absurdu daje wolność. Na zachodzie mamy podobny absurd. Dzieci są zmuszane do tego, żeby odczuwały coś z własnej, nieprzymuszonej woli. Musisz kochać. Musisz być wolny. Musisz się cieszyć. Musisz być spontaniczny. To jest czysty absurd, to tak jakby próbować przygryźć własne zęby, albo dotknąć prawą dłonią prawej dłoni. Metodyczny nauczyciel kazałby wejść jeszcze bardziej w ten absurd, wejść tak głęboko, żeby coś wewnątrz człowieka pękło, żeby człowiek wyluzował się, poczuł się komfortowo w swoim życiu i zwyczajnie odpuścił. Położył się na wodzie i tak płynął z prądem. Tym jest zen.

I w końcu, kiedy ten uczeń uwierzy, że nie ma żadnych zasad, ani prawd do odkrycia, kiedy się zwyczajnie wyluzuje i przestanie nadawać nazwy wszystkiemu na co patrzy, kiedy zobaczy, że życie jest dynamiczne i wszelka forma myślenia nad rzeczywistością jedynie ją zatrzymuje, a powstałe obrazy są wynaturzeniem, są nieprawdziwe, dopiero wtedy zacznie przygodę z japońskim zen. Zobaczy, że od samego początku miał wszystko czego potrzebował do oświecenia, do bycia tu i teraz i do zwyczajnie pojętego szczęścia. Właśnie. Szczęście, to słowo, które odnosi się do rzeczywistości w ruchu, to nie jest zatrzymany koncept czy nawet pojedyncza chwila. Szczęście to jest trwanie w Zen.

O autorze:

Tomasz Mirecki

Dodaj komentarz

fifteen + 3 =

To co fascynujące

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Archiwa

Kategorie