To co fascynujące

Och, pan ma zawsze rację

O

Jadę samochodem, podjeżdżam pod skrzyżowanie, czekam. Czekam. Czekam, aż skończy się sznur samochodów i będę mógł skręcić. Czekam. Tracę nadzieję na to, że sznur samochodów może się skończyć. Czekam, aż mnie ktoś wpuści. Wierzę w ludzi, w ich uprzejmość. Ludzie są uprzejmi, prawda? No to czekam. Minęło mnie około czterdziestu chamów. Ale nie może być tak, że wszyscy ludzie przy tym skrzyżowaniu byli chamscy. Więc czekam. Może nie włączyłem kierunkowskazu? Ale nie, włączyłem, w porządku jest. Jest tyle samochodów, że zaczynam zastanawiać się, gdzie jest ta bieda. Wszyscy mają samochód. Nie da się włożyć szpiki. Czekam. Próbuję patrzeć ludziom w oczy, wymusić uprzejmość wzrokiem. Ale unikają, udają, że nie mają czasu spojrzeć. Zastanawiam się, czy liczyć na czyjąś uprzejmość to nie jest zbytnia przesada w tym przypadku. Za mną kolejne czterdzieści samochodów. Ja skręcam w lewo, to znaczy, że musiałoby się znaleźć przynajmniej dwóch uprzejmych kierowców, po dwóch stronach jezdni. Myślę sobie, że jeżeli się nie wryję, to nie pojadę. I trudno, skręcam. Tiiiiiiiiiiiiiiiiid, tiiiiiiiiid, tiiiiiid. Strąbiły mnie trzy samochody. Później mnie zeświecili. Zeświecili, to znaczy, że włączali światła długie na przemian ze światłami mijania. I machają łapami. Taki ruch od dołu do góry na raz dwoma rękami. Całkiem nieźle zsynchronizowanymi. Tiiiid, poprawił któryś. Ale jacy oni są mądrzy… jak słusznie, że mnie strąbili… ale się stało, o jezu… jeszcze brakuje, żeby któryś otworzył szybę i mnie wyzwał od ciuli, żeby powiedział: „co się ryjesz, ciulu”. Nagle otwiera się szyba w jednym z samochodów, wychyla się ten, który w synchronie machał łapami, i mówi: „co się ryjesz, ciulu”. Jezu, jak on mi mądrze powiedział, jakie to było ważne i potrzebne. I jak dobrze mi pokazał. Wcześniej nie wiedziałem, a teraz już wiem.
Innym razem stoję w korku. Na zielonym przede mną przejeżdżają tylko dwa samochody, bo więcej się nie mieści. Korek jest również przed kolejnymi światłami. Ja się spieszę do moich tysiąca ważnych spraw. Spieszę się do życia. Zielone i znowu przejechały tylko dwa samochody. Stoję jako trzeci. Zdążyłem obliczyć, że czerwone trwa cztery minuty. Czemu tak długo? Ruszam, przejeżdżam skrzyżowanie na pomarańczowym, za skrzyżowaniem kobieta, która robi pierwszy krok na przejściu, ja mijam ją w odległości przynajmniej trzech metrów. Zatrzymuję się tak, że tył samochodu zawadza mi jakieś pięć centymetrów o przejście dla pieszych. Ale jakie dostałem spojrzenia… jakie mądre, jakie władcze. Boże, dlaczego ja tak źle zrobiłem, a ci wszyscy ludzie mają rację? Jak dobrze, że mi o tym powiedzieli, co drugi mówił, wszyscy łypali strasznym spojrzeniem. Dziadek przywalił laską w zderzak, żebym wiedział… Och, jacy ludzie są mądrzy, wszyscy tacy dobrze wykształceni i obyci, żaden nie popełnia błędu. Biedni – musieli być w szoku, kiedy zobaczyli tam mnie, wystającego pięć centymetrów na pasach dla pieszych. Nic a nic im się nie dziwię. Podziwiam! To tak.
Dojeżdżam na miejsce. Znowu nie ma gdzie zaparkować, ja pierdolę, gdzie jest ta bieda. Na jeden dom przypadają średnio dwa samochody i akurat ta średnia stoi na wszystkich miejscach postojowych. Ja na pięć minut, na kompot, na zupkę, na siku. Staję tam tam, na sekundkę przycupnąłem. Wysiadam, zamykam, lecę. A tu nagle zdjęcia, telefony na policję, maile. Policja jedzie na sygnale po mnie, po przestępcę, który źle zaparkował. Wszyscy ludzie dobrze parkują, tylko ja źle zaparkowałem. Ale to jest potrzebne, żeby dzwonić na policję, żeby mi pokazać, żeby udowodnić, że się ma rację. Bo racja to racja, racja jest najważniejsza. Racja. Racja jest zawsze po stronie innych. Właśnie.

O autorze:

Tomasz Mirecki

5 komentarzy

20 − seventeen =

To co fascynujące

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Archiwa

Kategorie